C.G. Jung, Karl Koch i…

…i psychoanaliza. Szczególnie w jej odmianie jungowskiej. Zbigniew był do niej przywiązany (nadmiernie: sądzę ja, prostaczek). Widać to nie tylko w jego tekstach, zapiskach, lekturach wreszcie. Również w pracach; szczególnie od lat 80. – do końca. W ich kompozycji choćby. Lecz nie tylko.
Dziś jeden przykład, za to sugestywny: tzw. książka artystyczna – a właściwie „zeszyt”, bo ma oprawę zeszytową, własnoręczną Zbigniewa. „Eurydyka, żona Orpheia, dryadą była” (2012). To:

(…) 14 kart (plus okładka) obustronnie zarysowanych i zapisanych
tusze barwne, gwasz, akwarela, pióro, pędzel, zszycia sznurkiem
wymiary: 35 x 23,5 cm

za: Artinfo (tekst z galerii „Antykwariat Antiqua”, była tam wystawiana; dziś w mych zbiorach)


Zobaczmy okładkę: tu teoria (a raczej opis reguł testu) Karla (Charlesa) Kocha (o nim też niżej) jest stosowana, więcej: cytowana – wprost. Jak manifest. Ostentacyjnie. Tak ma być, tak – jest. (Z wiarą się nie dyskutuje, przypominam.)

Teraz będzie coś… Wierzę, że był Zbigniew od owej „artystycznej” wersji interpretacji psychoanalitycznej (choćby tylko) sztuk wizualnych – uzależniony. Jak wcześniej od tamtego, karykaturalnego marksizmu-leninizmu. Gorzej: tu był wyłącznie samo-swoim, jednoosobowym twórcą doktryny, jej kapłanem i wyznawcą. To kult, który on tylko (z książkami jako towarzyszami, apostołami wiary) zbudował. Dostosowany, ułożony. Nie ma więc miejsca na odmianę – nie będzie odejścia od (ewentualnych, przyjmijmy, że są, mogą być…) błędów i wypaczeń.

Ale: to tylko zdanie, pogląd, ocena, opinia. Tak: moja. (Wierzę w nią.)

Tak, trenował i na innych; na mnie przynajmniej, to wiem. Rysowałem chętnie te drzewa, z ciekawości – a też szukając jego akceptacji. Ale, gdy później pytałem, czy sobie taki test robi – odpowiadał, cytuję z pamięci: – nie, nam, zawodowcom, rysownikom, artystom – nie ma co go robić, bo wiemy, jak drzewo narysować…
A jednak robił. Przecież rysował i drzewa, choć rzadko. Częściej – w młodości. Natury jest mało w jego późniejszych pracach, tylko te ptaki, raczej symboliczne. Jest jeden koń (drewniany, miał go w pracowni, na kilku obrazach). Wsi nie lubił, miejskie dziecko, osobny temat…
Tak, testował się. Lecz na innym poziomie wtajemniczenia. Nie „na naszym”, nie na moim. Wykorzystywał, kultywował. Obraz jako drzewo, zanalizujmy więc. Traktat, diagnoza, deklaracja wiary.
To wiedza tajemna; a przez to – nie do weryfikacji. Przez co też – wygodna. Sam się z tego błota, jak Baron Münchhausen¹, za włosy wyciągał… Psychoanaliza jako rozum w błocie.

W naszej książce są przede wszystkim kobiety, dziewczyny. No i ptaki, oczywiście, mniej. Kobieta jako dusza Artysty. Jako drzewo, też. Anima.
Wszystko jest więc analizą – i, jak w popularnym powiedzonku, wszystko się nam ze wszystkim
Jest anegdota o Hugo Steinhausie – i jakimś młodym fanatyku psychoanalizy, świeżo przybyłym z Wiednia, od doktora Freuda. Cytowana bodaj przez Antoniego Słonimskiego (?) w „Alfabecie wspomnień”, nie sprawdzę. – Wszystko jest z pożądliwości, wszystkie nasze działania, teorie wynikają z tego… – oświadcza matematykowi fanatyk nowego kultu. – A czy teoria teorii również? – pyta Steinhaus.

Zabawne, bo ów – dziś krytykowany, wręcz odrzucony, jako nienaukowy; cokolwiek to znaczy – „Test drzewa” (Der Baum-Test) Charlesa (Karla) Kocha pochodzi, zdaniem wikipedii (D), z 1952 roku, roku mego urodzenia. Byłoby miło, lecz to chyba nieprawda. W sieci można kupić pierwsze wydanie książki z roku 1949 (Verlag Hans Huber, Bern). Wiedza nasza, tak wątpliwa, tu Zbigniew – za C.G. Jungiem wiernie podążający – ma rację (…niektórym rzeczom Rozum nie podoła…). Rozum („wiedza”) zawodzi – zawsze (kiedyś) i każdego (kiedyś).

Ale, pomijając całą tę psychologię², analizę, owe słuszności – i niesłuszności ewentualne – są to frapujące rysunki. Oraz znakomita praca. Do tego – jest całością, księgą, jest spójna. I wystarczy: oto wchodzi Ręka, nie Rozum. Forma może być mądra, cokolwiek to znaczy, czy znaczyłoby – u innych. (U niego {ja…} wiem.) Ale musi być świetna.
mr m.

PRZYPISY:
¹ – zob. mr makowski „Państwo Nikt. Dzieje ludzi nieważnych” (2020); rozdz. „Baron Münchhausen” str. 427-429:
(…) I wróćmy do „Barona…”. Zbigniew opowiada dziś (relacja wideo, rozm. Janusza Janowskiego z okazji wystawy w Muzeum Narodowym w Gdańsku, oddz. Oliwa, XI-XII, 2012 r.), iż w papierach po Leibnizu znaleziono egzemplarz „Przygód Barona Münchhausena” – co stanowi dla niego, brutalnie rzecz streszczając, metaforę poznawania siebie. Oraz ścisłych związków sztuki (a więc baśni) – z nauką (czyli poznaniem i obiektywizmem). W co wierzy.
Problem w tym, iż Gottfried Wilhelm Leibniz zmarł w 1716 roku, zaś baron Hieronymus Carl Friedrich von Münchhausen urodził się cztery lata później (1720). Zaś Rudolf Erich Raspe, domniemany autor oficjalnej wersji tej znakomitej bajki – urodził się jeszcze dwadzieścia lat później, w 1736. A pierwsze niemieckie wydanie „Przygód…” to rok 1786.
I tak dalej. Opisy przeszłości, głos autorytetów
(…).

² – zob. mr makowski, Michał Szymański i inni „Obok albo ile procent Babilonu?” (2016), str. 262: Sławek Gołaszewski: (…) Co ci zrobić do picia? Ja to ich pieprzę wszystkich. Psychologia to nie jest dla mnie żadna wiedza. Czytam (Claude) Lévi-Straussa