Dziecko bez twarzy

Pierwsze – to fotografia młodego Zbyszka, z samej końcówki lat 30. – może z początku lat 40. Zdjęcie z albumu jego matki, babci Józefy, dziś w mym archiwum. To z tego zdjęcia mamy pracę, o której niżej.
Drugie – to reprodukcja pracy Zbigniewa, dość marna, zrobiona przez kogoś na początku naszego stulecia. Praca zapewne z tego czasu, może nieco wcześniejsza (nie sądzę). Nie wiem, gdzie ona dziś; a szkoda.

Postacie bez twarzy są interesującym wątkiem, można się długo mądrzyć. Najciekawszy jest chyba klucz religijny: np. obrazowanie Mahometa w perskich miniaturach, choć w tamtej sztuce często pojawia się welon, jeśli już.

Actually there are several studies and researches introduced analysis and explanation for such halos appeared surrounding divine faces in the Islamic painting, in general, without referring to be as a feature of Aniconism in the Islamic art. Moreover, there’s no independent researches gave an interpretation for covering the facial features of the prophets in the Islamic miniatures with the veil on their faces…
Ibrahim Mohamed Ibrahim Elassal „The Veiled faces of prophets in the Islamic miniatures – application on illustrated manuscripts of XVI century in Konya Mawlānā Museum

Ale jest możliwy i wątek psychologiczny, nawet psychoanalityczny zapewne. Te postacie bez twarzy są ekspresyjne. I dlatego . W Japonii ma to nawet nazwę: noppera-bō (…faceless ghost, is a Japanese yōkai that looks like a human but has no face…). Czyli nie tylko u Zbigniewa. (Dziś to ponoć nawet trend w malarstwie jest, zabawne: wszystko już było – i to modne.)
Tu: mamy autoportret, choć z dzieciństwa. Chłopczyk, dość koszmarnie – jak wtedy wszyscy prawie – ostrzyżony. (Zauważmy: na rysunku fryzura nieco inna.) Do tego w fartuszku, nawet moje pokolenie jeszcze je w podstawówce nosiło… Trudno się dziwić, że nie jest sobą, że go nie ma.
Okolica w tle też warta uwagi. To Warszawa, zobaczmy: jest oświetlenie gazowe. Ale raczej biedna. Można jednak spróbować identyfikacji. Zacząłbym od okolic Annopola, Zbyszek z matką mieszkali tam – ale bodaj dopiero po śmierci ojca (1943?). I do wybuchu Powstania.

Na terenie kolonii znajdował się wodociąg, kilka latarni gazowych, powstał tu także drewniany kościółek św. Marii Magdaleny. W jednym z 16 murowanych baraków znajdowało się 20 mieszkań jednoizbowych o powierzchni 17,25 m kwadratowych i o sionce o powierzchni 1,02 m kw każde. Środek osiedla stanowił plac Annopolski, a jedną z głównych ulic była Inowłodzka.

Ciekawy autoportret. Zapewne bardzo… Pełen emocji, napiszmy banalnie. Z wielu powodów, nie czas, nie miejsce. Choć trochę (mnie) bawi, że dziecko na zdjęciu jest (umiarkowanie) pogodne; zaś to na rysunku (gwasz czy akwarela, nie widzę? Raczej mieszane.) – dość straszne.
Ach, i tekst – to oczywiście „The Rime of the Ancient Mariner” S.T. Coleridge’a, Zbigniew zrobił z tego (kolejną) książkę (dziś w zbiorach biblioteki UW), może to karta z niej?

I took the oars: the Pilot’s boy,
Who now doth crazy go,
Laughed loud and long, and all the while
His eyes went to and fro.
“Ha! ha!” quoth he, “full plain I see,
The Devil knows how to row.”


Przyjemnego śledzenia życzę, jeśli kto.
mr m.