Strach przed…

Obrazy (zdaniem Marcina Lutra – mr m.) nie obchodzą Pana Boga. (…) Dlatego praktyki czynienia obrazów nie można potępiać. Gdyby czyniący obrazy mieli świadomość, że nie obchodzą one Pana Boga – nie czynili by ich. Postawa ich wynika z braku wiedzy. 
Dariusz Klejnowski-Różycki „Kult obrazów według Reformatorów: Marcina Lutra i Jana Kalwina”(2017)

Zapytano o duchowość mego ojca. On tu obok już w nowym mieszkaniu przy ul. Mokotowskiej, rok 1974; foto moje.
No, tak: ale. Liczne „ale”. Jakby tu… Po kolei.
Zdaniem wielu – czy buddystów czy doktorów KK czy innych niezrzeszonych – prawdziwa duchowość (jeśli istnieje to…) milczy. I na tym powinniśmy skończyć. Ale panie pytają – więc odpowiadam. Z nieśmiałością, bo.

Zbigniew Makowski (ok. 1974 r.) w pracowni, ul. Mokotowska; fot. mr makowski

Kto wie, nie mówi: kto mówi, ten nie wie.
Laozi „Tao” XL (tłum. Jana Lemańskiego)

Ale skoro milczy – skąd wiemy, że to „mądrość” jest? „Nie wszystkie szuflady zamknięte są pełne”, ponoć przysłowie chińskie. (W Chinach są wszystkie przysłowia, były.)
I jest jeszcze stary szmonces (który odziedziczyłem po ojczymie, nie po ojcu): o pociągu ze Lwowa do Breslau – to przed wojną, może i pierwszą. W przedziale dwaj najsłynniejsi rabini z (obecnej) Ukrainy oraz młody Icek, student jesziwy. A że droga długa – Icek cieszy się i myśli: och, ileż mądrych rzeczy tu usłyszę, ile się nauczę od obu Wielkich Umysłów, dzięki ci Jahwe!
Jadą, jadą, jadą… Kilometry, stacje, miasta, wioski – i nic. Cisza. Rabini siedzą, milczą.
Gdzieś między Przemyślem a Krakowem Icek nie wytrzymał i – zdobywszy się na odwagę – pyta:
Wielce szanowni, wybaczcie śmiałość; ale jesteście Najwybitniejszymi Umysłami naszych czasów, wielkimi Myślicielami. Bardzo liczyłem, że przysłuchując się Waszym dyskusjom – pogłębię swą niewielką wiedzę. A Wy milczycie, dlaczego?
– Widzisz Icek: on, szanowny Rebe – wie wszystko, ja – wiem wszystko. O czym tu rozmawiać?

Do kogo mówi ten, kto coś wie?
Ludwik Wittgenstein „Dociekania filozoficzne” (1930-51)

Zbigniew Makowski „białe wnętrze” (X 1956)
„transpozycja” jak pisze sam ZbM późniejsza na bibułce japońskiej jego dawnej pracy; dziś w zbiorach (+ foto) Muz. Narodowego we Wrocławiu

No i te „duchowe potrzeby” – definicja… Przecież każda sztuka jest / może taką być: bo wyrasta (ponoć) z potrzeb niematerialnych, nie-bytowych. A więc (pewnie) z ducha; o ile duch – istnieje. (To tylko z pozoru żart.)
A taki np. socrealizm? On z potrzeby (jak najbardziej duchowej): z potrzeby naprawy ludzkości przecież. Z idei oświeceniowej, postępowej. A realizm w hitlerowskich Niemczech: toż to chęć (duchowej) przemiany społeczeństwa, zwalczenia degeneracji… (To tylko z pozoru sarkazm.)
A bo dlaczego forma – ma być wyznacznikiem „duchowości”? I jakiej? I jaka forma? Nie wiem.

Oraz: każda sztuka? Nawet ta, z której sprzedaży żyje artysta? Mój ojciec (w tzw. najlepszym swym okresie) nieźle żył ze sprzedaży tych „najbardziej duchowych” prac…
Same pytania. I nie przyjmuję odpowiedzi, że dziś mamy jakąś „nową duchowość”, njuejdżową czy jakąś – bo to slogan handlowy, taki jak „ekologiczna karta bankomatowa”.
Bowiem gdy „nową duchowością” ma być np. fitness albo jeździectwo… To, gdybym musiał wybierać – a nie muszę – wybrałbym starą. Konsumpcjonizm to żadna religia; a jeśli – to żałosna.

Jak z tego widać, prośby Jerzego Prokopiuka kierowane do Pana Jezusa są bardzo życiowe i bardzo umiarkowane: lepszy wzrok na starość, do tego 14-16-letni efeb u boku plus skromny spadek.
Ebenezer Rojt „Jerzy Prokopiuk o kulcie maryjnym albo każdemu taki spadek, na jaki zasłużył” (2018)

Z jakiegoś – może i radykalnego – punktu widzenia ostatnią „duchową sztuką” są, byłyby malowidła w grotach. Altamira, Lascaux – to przecież katedry: …z wieloma odgałęzieniami i komorami przypominającymi katedry.
Czy współczesne: choćby Aborygenów w Australii. Tylko. 
Albo i l’art brut – „sztuka” chorych (lub innych) psychicznie, to samo (?) źródło. Bowiem jak pisze wielu…

Możliwe, że tylko ci ludzie mają odwagę tworzyć takie dzieła. Być może wynika to z faktu, że mogą być niepodatni na społeczne, kulturowe, ideologiczne i ekonomiczne normy, standardy, zasady i obawy, które mogą pojawiać się w umysłach innych ludzi (…). W sztuce Art Brut artysta ukrywa swoją tożsamość, nie chce być rozpoznawany ani znany i woli tworzyć w tajemnicy.
Wymóg tworzenia w izolacji nie występuje w żadnym innym ruchu artystycznym. Twórcy chcą być podziwiani, doceniani i oklaskiwani…
Deniz Onur Erman „Purest form of creation: Art Brut” (2018)

Czyli twórczość jednak bezinteresowna. (Pomyślmy też o graffiti. Nie, może lepiej nie myślmy, to manowce.)

Pomimo wygaśnięcia praw autorskich w 2014 roku, wieczysta ochrona praw osobistych do dzieła może być nadal realizowana: jak podkreślają potomkowie, Hilma af Klint nie chciała, aby jej dzieła były komercjalizowane. Podczas gdy artystka sprzedawała swoje naturalistyczne obrazy, utrzymywała swoje abstrakcyjne prace w tajemnicy i dzieliła się nimi tylko w kręgach antropozoficznych, w tym ze swoim duchowym guru Rudolfem Steinerem.
Aliya Say „Hilma af Klint’s family criticises the NFT sale of the artist’s sacred paintings” (2022)

Ale dobrze, spróbujmy. „Duchowość” Zbigniewa, co to? Załóżmy, że istnieje.

Zbigniew był ateistą. Niektórzy mówią, że „agnostykiem”. Nie: on był ateistą, praktycznie od dziecka. Od wczesnej, rewolucyjnie zbuntowanej młodości już na pewno: cytowałem jego notatki. A też z domu, z tradycji, z lektur.
Jest oczywiste (chyba), że niejeden wrażliwy ateista – odczuwa potrzebę wypełnienia pustki. Tak zakładam banalnie.
Lecz dodajmy też, iż czytywał sporo z tego, co zostało po mistykach Kościoła: choćby pisma św. Teresy z Ávili, św. Jana od Krzyża – on wróci: niżej. To ważne.

Zbigniew Makowski „Nic
zbiory + foto: System MUZA, Muzeum Narodowe w Warszawie; papier; wys. 14 cm, szer. 19 cm

Czyli: nie ma nic. Nie ma ducha, o Panu Bogu nawet nie wspominając. A więc albo o tym dole (pustce, braku…) nie myśleć – albo go zasypać. I tu zaczyna się „wypełnianie pustki” a nawet „pustek” różnych: metafizycznych – cokolwiek to znaczy, może nic. Ale i (a może przede wszystkim?) domowych, uczuciowych. Też społecznych: stąd karykaturalny, nadgorliwy marksizm-leninizm-stalinizm jego – a też koleżanek oraz kolegów – z początku lat 50. jak sądzę.

Zanotujmy tylko: ZbM czytywał mnóstwo antyklerykałów, ateistów-ironistów; a i mnie tymi lekturami później zaraził: Voltaire’a, Anatola France’a – a bo i rozdział o naradzie w Raju w „Wyspie pingwinów” jest boski – oczywiście André Gide’a, też Kołakowskiego bajeczki: „Klucz niebieski…”. Te lektury: wypełniacz. Deklaracja. Sprzeciw.

Ale że właśnie nadchodzą lata 60. – w PRL tak jakoś po 1956 roku już – i walka z Kościołem, z religią zaczyna być nieco démodé… Szukajmy innych ideałów.

Beckett akcentował wagę pustki. Nie tylko tej powstałej po śmierci Boga. Pustki egzystencji: starości, ciszy, znikania.
Julian Kornhauser „Różewicz i Beckett” (2006)

Później, w latach 70. Zbigniew sam zapisze kilka razy w różnych miejscach zdanie mniej więcej takie:
Kiedy około roku 1960 znalazłem się na pustyni… Tu z książeczki „Alfabet czyli korzenie wszechświata”, 1975; ale są i inne notki. Nic dodać – bo tego, że nie idzie o fizyczną pustynię – nie muszę: w 1960 wyjeżdżał tylko do ośrodka przeciwgruźliczego w Maciejowcu, na dłużej – jak pisze w liście do Barbary.
Wypełniał później (to coś, ten brak) na papierze. Sztuka jako terapia (Freud przecież). Sztuka jako nieudolne (?) poszukiwanie. Kompensacja. Terapia. (Niczego efektom tej aktywności nie odbierając oczywiście: niekiedy są wielkie.)

Zbigniew Makowski „Przez drzewo, przez studnię, przez kołowrót…”
zbiory + foto: System MUZA, Muzeum Narodowe w Warszawie
(papier; wys. 71,3 cm, szer. 52,6 cm)

Ale ZbM nie był intelektualistą – choć wielu tak mówi, pisze. Był szalenie wrażliwy oraz oszałamiająco pracowity. A też chłonął jak gąbka: obrazy, emocje, poglądy, muzykę, intuicje innych… I szybko, może zbyt prędko niekiedy – przerabiał je na „własne”…
Mnóstwo też (wspominałem) czytał. Często rzeczy dziwne, niebanalne: żył w książkach. Choć z latami coraz rzadziej powieści. Nie. Życiorysy, pamiętniki, bajki, mitologie: nie tylko europejskie. Sporo filozofii, wiemy.
Ale i popularnonaukowe: o fizyce, kosmologii… Też matematyka, przede wszystkim geometria: „LilavatiSzczepana Jeleńskiego to tylko początek drogi.
Chciał być „kolegą” Homera, Dantego, Ezry Pounda, kogo tam jeszcze. Tytanem współczesności. Nie on jeden przecież.

Strawiński (…) od tej chwili będzie powtarzał, że ten animowany film muzyczny („Fantazja” Walta Disneya, 1940 – mr m.) wykorzystujący m.in. muzykę Bacha, Bethoveena, Czajkowskiego, Musorgskiego i jego samego – dostatecznie uhonorowanego w przekonaniu Disneya jako jedyny żyjący kompozytor w tym gronie – w żadnej mierze nie wyraża jego artystycznych intencji, że jest on wręcz „zbrodnią” dokonaną na jego muzyce.
(George – mr m.) Balanchine, którego dowiadczenia zawodowe w Hollywood nie były łatwiejsze, niż to, które stało się udziałem Strawińskiego, miał się wyrazić ironicznie o postawie kompozytora, który chciał aby w „fabryce snów” sowicie go opłacano, ale aby „nie dało się go kupić”.
Tomasz Majewski „Niebezpieczne związki – Strawiński i Hollywood” (2014)

I powtórzmy – przecież to nasz mit Artysty jako neo-boga: odziedziczony po rewolucji francuskiej, po romantykach, po Nietzschem, który najskuteczniej – gdyż przysłowiowo – Boga zabił. „Sztuka po końcu sztuki”… Szkoda czasu, wiele razy było.

Tylko Bóg-Artysta jest usprawiedliwiony, ponieważ jego czyny żadnego usprawiedliwienia nie potrzebują.
Konrad Paul Liessmann „Sztuka po końcu końca sztuki. Refleksje o czekaniu na estetyczne zbawienie” (2004/2006)

Był też ZbM wieloma osobami w Jednej. A religia psychoanalizy (rozwinąć? po co: liczni rozwijali często) pomogła mu to usprawiedliwić. Pogodzić się – mimo trudności znanych rodzinie aż za dobrze. W tej nieustannej walce o jedność, walce Osoby w nim, walce naturalnej, prowadzonej przez nas (może?) wszystkich i (chyba) zawsze.
A on przestał walczyć (co było błędem). Sądzę: bo go – osądzam.
A gdy przestajesz o to walczyć – wariujesz. (Tak prosto. Prostacko? Może. Ale tak to dziś widzę.)
Oraz: znacząca część jego Osoby (osób?) zaakceptowała szaleństwo. Bowiem momentami pomagało w twórczości. Też znane mechanizmy: insania pingens, Hans Prinzhorn, Alfred Bader… (Oraz „arteterapia”, modny termin.)

Sztuka to nie tworzenie „pięknych” dzieł, ale kreowanie przez artystę świata, który (…) jest dlań sprawą życia i śmierci. Tak też zdaniem (Hanny – mr m.) Segal należy rozumieć słynne powiedzenie Cezanne’a, że jego malarstwo to próba zapracowania na zbawienie.
Paweł Dybel „Freud i Segal; o literaturze i sztuce” (2011)

młody Zbyszek na Annopolu, z tyłu opis „klasa IVb” – a więc pewnie to rok 1942, może 43? fot. NN

Odczucie pustki poznał zapewne wcześnie. Nie miejsce, by rzecz analizować: bo trzeba wtedy jego dom, rodzinę i czasy, w jakich przyszło mu dorastać. Zbyt wiele tu niewiadomych. A i zbyt wiele banałów byśmy napisali.
Annopol z dzieciństwa, twierdzę, był ważniejszy w jego życiu nawet – jak wojna. Choć ta też, co oczywiste.

I tak (powtórzmy) zapełniał pustkę całe życie: najpierw „postępem społecznym”, później dekoracyjnymi pracami lat 60. i pustymi krajobrazami (oraz „krajobrazami”) z lat 70. – aż wreszcie wspomnieniami, obrazami, pejzażami z dzieciństwa, młodości. To zawsze – i do końca. Écriture automatique.

I – sądzę – w sztuce (bo nie w życiu, patrz: wiele osób w jednej Osobie, Jung, „artysta we mnie…”) jakoś pogodził się z tą pustką = w późnych pracach. Tam (momentami) znika horror vacui – a zostaje piękna forma. Która ratuje (też i nas) przed rozpaczą. Forma (często) pełna pustki: deklaracja jakaś. Zgoda, koniec buntu. Chyba.

Przestrzeń w przypadku plastycznych ilustracji zasady horror vacui jest wypełniona w całości ważnymi elementami rzeczywistości, tym, co istotne. Pozostawienie skrawka wolnej przestrzeni mogłoby dopuszczać możliwość braku uporządkowania świata przez człowieka, braku panowania nad nim. Zasada horror vacui poprzez realizacje zaklina świat, a ludzki ogląd świata szuka w nich swego potwierdzenia. (…)
Analogicznie jest w przypadku realizacji zenistycznego pojęcia pustki. I tu mamy do czynienia z porządkowaniem poprzez wskazanie tego, co istotne – pustki. Pustka zaś jest – o czym była mowa – pełnią możliwości. Pojawia się pytanie, czy pustka jako zasada rzeczywistości, będąca potencjalną pełnią, nie jest specyficznym rodzajem zasady horror vacui?
Maria Gołębiewska „Pojęcie pustki w estetyce buddyjskiej a horror vacui” (1990)

A więc buddyjska pustka? Klaszcząc jedną dłonią? Nie przesadzajmy: Zbigniew raczej tybetańskim buddyzmem się karmił; a nie tym od  najpełniejszej – cokolwiek to znaczy, wiadomo: nic – pustki: nie zen. Tantryzmu formą „dekoracyjną”. Jedną z ważniejszych kupionych książek – stała jeszcze na Krakowskim w wyd. niemieckojęzycznym w pierwszym rzędzie półek wyeksponowana; później ZbM dokupił (chyba) też i anglojęzyczne – był album „Tantra Art its philosophy & physics”, autor: Ajit Mookerjee (1967).

Książka niezwykle ważna w momencie publikacji, obecnie prawie zapomniana.
(POPT Book shop)

Ot, drobiazg: ale siła projektu obwoluty – ona wisiała u mnie, ZbM wyrzucał obwoluty z jakiegoś powodu, zabierałem je – była potężna. A dalej i środka: dziś łatwo znać, cały album wskanowany: w Internet Archive choćby. Wtedy rarytas. Książka budziła podziw gości. A Zbigniewa mocno inspirowała, wystarczy porównać z pracami. Mam też wrażenie, choć pamięć zawodna, że nawet jeszcze przed 1967 rokiem (1966?) miał, dostał ZbM na „Targach Książki” w PKiN reklamówkę tego albumu, druk 1:1 z kilkoma (-nastoma?) stronami z niego – pamiętam luźne reprodukcje. Ale.

Bowiem jeśliby chcieć – a chcemy? – ów buddyzm zgłębiać… Ten Zbigniewowy – to właśnie wadżrajana (Vajrayana), diamentowy wóz czy jak on się nazywa: bogactwo tantrycznej praktyki (choć może lepiej napisać: teorii).
I nawet figurki różne: Jamy (Yama) czy Vajradaki pojawiają się na obrazach (głównie w latach 70.), zwykle malowane „z natury” – z jego kolekcji one; jedna obok.
Oraz ich seksualność, formy niekiedy / wtedy szokująco odważne… Pamiętajmy – to Polska ludowo-gomułkowska, socjalistycznie purytańska: tow. Gomułce nawet za duży dekolt Kaliny Jędrusik w „Kabarecie Starszych Panów” przeszkadzał, znane rzeczy.

Później o Z.M., któremu, zdaniem pana (Aleksandra – mr m.) Henisza, stoi na przeszkodzie brak szerszych horyzontów umysłowych – jest ubogi intelektualnie, zmarnował swój talent, nie będzie miał siły, aby pójść dalej. Podobno znakomicie sprzedaje, lecz duże pieniądze, jakie posiada, nie są zdaniem pana Henisza główną przeszkodą. Jego dalszy rozwój uniemożliwia powierzchowność, dekoracyjność, brak zrozumienia dla znaczenia używanej symboliki. Z tego już się nie podniesie. Potrzebuje on cour d’admirateurs, co mu także nie pomaga.
Stanisław Fijałkowski „Notatnik Paryski” (1965) wyd. 2022

Zbigniew Makowski, jeden z licznych szkiców do obrazu dyplomowego (1956); dziś w Muzeum Nar. we Wrocławiu bodaj (fot. moje)

A bo może to nie „pustka” – a „niebyt”? Nie wiem, pustka brzmi mądrzej. Tam, w tej bezprzestrzeni czają się różne Demony, pisał w „Dziennikach”, cytowałem w „Podróży…” jeden przypadek: łączył mi się z jego obrazem dyplomowym (1956).
Jeden ze szkiców do dyplomu, nie ten; ale – tu obok.
A więc może to tybetańskie bardo, jakiś jego rodzaj? Nie bądźmy drobiazgowi, stan między. Lub nawet zwyczajne piekło.

Dość udziwniania, choć to w jego stylu przecież. Lubił dziwność. (I bał się jej.)

Straszne: co jest boję się. Bardzo boję się. – ta muzyka. z drzwi wychodzi ktoś. Jest straszny. Uciekam stąd.
Przeszło, tylko niepokój. Nie, zobaczyłem widmo przyszłości: szaleństwo.

notatka Zbigniewa bez daty (ok. 1956), cyt. w: mr makowski „Podróż do środka mojego ojca…” (str. 217)

Ta Postać w drzwiach: możnaby… (Ale może nie dziś, nie komplikujmy tego jeszcze bardziej.)

A naśladowcy Zbigniewa? Ci kolejni, pomniejsi szatani? Cóż, miał. Ale czy sam nie przetwarzał innych? Oczywiście! Banały. Choć on „trawił” cudze inspiracje lepiej – powiem, posługując się mą ulubioną metaforą Paula Valéry’ego: oryginalność to tylko kwestia żołądka.
Bowiem gdyby zająć się („naprawdę”) duchowością – musielibyśmy zainteresować się Andrzejem Meissnerem: nie jego pracami (rzeźby-obiekty: genialne) – ale tym, co robił później. Że został mnichem.
A chodzili wcześniej razem po Paryżu, Meissner i Makowski, przez chwilę jedną drogą, krótko.
Ale nas nie interesuje to, co później, bo chcemy wypełnić naszą pustkę = pracami Meissnera, Makowskiego, kogo jeszcze. Sztuką, obiektami. Abyśmy i my zapomnieli.
Dlatego interesuje nas ZbM, a później (czy wcześniej) jego naśladowcy: Urszula Broll, Urbanowicz – czy nieudany, grafomański kopista Waniek; oni bowiem robią („tworzą” czy „produkują”) takie wypełniacze, o których można pisać, którymi można handlować. 

Ale przecież obraz, malowanie – a więcej: forma (powtórzmy) – to też metoda, by nic nie mówić. Wyjść poza słowa, poza pojęcia może nawet (nie wiem, czy rozróżniam). Tylko dlaczego wtedy pan malarz ma mówić o sztuce? Po co? Dla sławy? Dla sprzedaży? 
Same pytania.

Niejednokrotnie podziwiałem niektóre wywody teoretyczne artystów czy publicystów. Wydaje mi się jednak, że pomiędzy obrazem i widzem jest za dużo druku.
Artur Nacht-Samborski „Ryzyko umiaru” (2012)

Czy takie zapełnianie pustki jest „duchowością”? Chyba tak. Choć choćby tylko Marcin Luter, cytowany na początku – by się z tym (chyba) nie zgodził. 
Ale bo może jednak lepiej robić stoły? Te są potrzebne wszystkim – a sztuka tylko nielicznym. 
I czy jest potrzebna? Meissnerowi przestała być, Zbigniewowi była potrzebna do końca; i coraz bardziej.

„Zapełnianie” pustki jest często ucieczką przed rzetelną mądrością. Nieprzypadkowo na drodze do szczytu doświadczenia Boga św. Jan od Krzyża odkrywał bolesne doświadczenie „nocy ciemnej”. Pozostawmy psychologom rozpatrywanie, czym jest doświadczenie pustki wewnętrznej. Nam wystarczy odkrycie, że doświadczenie pustki jest przejawem intuicji niebytu. 
Jan Wadowski „Rewindykacja Intuicji. Wybrane aspekty filozoficznej i teologicznej interpretacji zagadnienia” (2013)

Znam artystów (Rafał Rękosiewicz), którzy porzucili twórczość – dla stolarki właśnie. I innych, którzy chcieli. Cóż: szukanie.

Fenomenologiczno-hermeneutyczne kryteria nocy ciemnej zaproponowane przez św. Jana od Krzyża nie tylko mają charakter teologiczny, ale także służyły do odróżnienia owego kryzysu duchowego od melancholii — a ta nie pokrywa się z dzisiejszym rozumieniem depresji.
Jacek Prusk „Psychologiczne korelaty pustki wewnętrznej: studium przypadku” (2016)

Zbigniew Makowski „Trzy ciemne noce” – praca złożona (i zszyta) z innych:
z 1954 i 1995 roku co opisane; zapewne w roku 2012; dziś w mych zbiorach
– a na akwareli z 1954 roku ul. Kozia w W-wie, późniejszy adres ZbM (1959-69)

A przecież i ZbM stał się takim pół-mnichem, zamknął się w mikroświecie: na Mokotowskiej. Paradoksalnie (lecz czy aby? nie wiem) zresztą wzmacniał tę pustkę wokół siebie: odsuwając się od ludzi – od przyjaciół i „przyjaciół” – jak napisał jeszcze w połowie lat 60. w „Dzienniku…”. Od świata, od rodziny. Tylko czy to zdrowe, ponownie spytajmy?
Nie wiem, znaczy: wiem. 
Nie. 
„A tatuś musi…” – mówi stary dowcip (?) o tatusiu, który zabiera dziecko do knajpy, daje mu pierwszą wódkę do spróbowania, dziecko się wzdryga, tatuś pyta: – Dobre? A dziecko odpowiada, że oczywiście: – brrr! Ohydne.
A tatuś musiał. On pierwszy opowiedział mi ten dowcip i to jest chyba niezła pointa.
mr m.

ps.
Niektóre z tutejszych wątków rozwijam (streszczam?) i w mej ostatniej (2025) książce: „Obok. Tom drugi”. To publikacja już nie o muzyce, zapewne też niszowa: tylko 200 egz. i większość z nich – dla bohaterów („współautorów”) pudełkowej i hermetycznej mocno: sądzę – opowieści. Wspominam w niej i nasz – z Mariuszem Malinowskim napisany – scenariusz krótkiego (gdyby powstał) filmu „Strach przed pustką” (1980)…

Wciąż to wirowanie dookoła starych, tych samych tematów.
Cóż: przecież pustka mówi, że.
(…)
mr m.